
Napisanie tego artykułu przyszło mi z bólem serca. Nie dlatego, że brakuje powodów do świętowania. Przeciwnie. Powód jest wielki. Dziś, 15 sierpnia 2026 roku, mija dokładnie 150 lat od ukończenia historycznego ciągu Kolei Podsudeckiej prowadzącego przez Nysę, Prudnik, Racławice Śląskie i Głubczyce do Raciborza.
Dokładnie 15 sierpnia 1876 roku uruchomiono odcinek Prudnik - Racławice Śląskie - Głubczyce. W ten sposób domknięto kolejowe połączenie, o którym myślano już w połowie XIX wieku: szlak łączący Racibórz przez Głubczyce, Racławice, Prudnik i Nysę z koleją prowadzącą dalej u podnóża Sudetów.
Pokolenia kolejarzy. Miliony podróżnych. Wojny. Zmiany granic. Cesarstwo, republiki, państwa, ustroje. Parowozy, lokomotywy spalinowe, autobusy szynowe Wielkie czasy kolei i czasy jej upadku. Stacje pełne ludzi i stacje, na których dziś słychać przede wszystkim wiatr.
Taka rocznica zdarza się tylko raz.
I co?
I właściwie nic.
Nie było wielkiej uroczystości. Nie było specjalnego pociągu. Nie było historycznego składu. Nie było regionalnego święta kolei. Nie było nawet szerokiej kampanii przypominającej mieszkańcom południowej Opolszczyzny, że dokładnie 150 lat temu wydarzyło się coś, co na następne dziesięciolecia zmieniło gospodarkę, komunikację i rozwój całej tej części Śląska.
Czy mnie to dziwi?
Niestety nie.
I chyba właśnie to boli najbardziej.
Bo trudno oprzeć się wrażeniu, że cisza wokół tego jubileuszu jest jeszcze jednym symbolem tego, jak przez ostatnie dziesięciolecia traktowano kolej na południu województwa.
No właśnie.
Kto powinien zorganizować choćby symboliczną uroczystość? Kto powinien przypomnieć mieszkańcom, że ich kolej ma właśnie 150 lat?
Spróbujmy poszukać odpowiedzialnych.
Kolejarze?
Nie przesadzajmy.
Przecież współczesna kolej to przedsięwzięcie tak skomplikowane organizacyjnie, że samo ustalenie, kto właściwie jest koleją, mogłoby zapewne potrwać do następnego jubileuszu.
Jedna spółka ma tory. Druga prowadzi przewozy. Trzecia ma dworce. Czwarta może mieć lokomotywę. Piąta być może wiedziałaby, skąd pożyczyć wagony. Jeszcze ktoś musiałby mieć maszynistę. Ktoś inny zgodę. Ktoś rozkład. Ktoś trasę. Ktoś pieniądze. Ktoś pieczątkę.
Można sobie niemal wyobrazić korespondencję:
W związku z jubileuszem uprzejmie informujemy, że sprawa nie leży w zakresie właściwości naszej spółki.
Pismo przekazane dalej.
Potem jeszcze dalej.
Aż wreszcie nadszedł 15 sierpnia.
Niespodziewanie.
Zaledwie 150 lat po otwarciu linii.
Na kolei zdarzają się opóźnienia, ale tego jednego nie uda się już nadrobić zmianą rozkładu jazdy.
Tutaj robi się ciekawiej.
Władze województwa są przecież organizatorem regionalnego transportu kolejowego. To samorząd województwa decyduje o znacznej części regionalnej oferty przewozowej, zamawia pociągi, ustala priorytety transportowe i współdecyduje o tym, które kierunki są dla regionu naprawdę ważne.
Od wielu lat bardzo silną pozycję we władzach województwa opolskiego mają politycy środowiska Platformy Obywatelskiej i Koalicji Obywatelskiej; .
Było zatem sporo czasu, aby linię 137 poznać.
Był czas na zmiany rozkładów.
Był czas na ograniczanie i modyfikowanie relacji.
Był czas na komunikację zastępczą.
Był czas na kolejne zapewnienia, że południe województwa nie zostało zapomniane.
Ale najwyraźniej zabrakło czasu, aby spojrzeć do kalendarza i zauważyć:
Panowie i Panie, w 2026 roku nasza kolej będzie miała 150 lat.
I nie mówimy tutaj o jakiejś zapomnianej bocznicy do dawnego magazynu buraków.
Mówimy o linii kolejowej nr 137 Katowice - Legnica, która na terenie województwa opolskiego ma około 95 kilometrów. Wojewódzkie dokumenty transportowe wskazują właśnie taki rząd długości jej opolskiego odcinka.
I tu mała ciekawostka, o której wiele osób nie wie: to najprawdopodobniej najdłuższy odcinek jednej numerowanej linii kolejowej znajdujący się w granicach województwa opolskiego. Na pewno najdłuższa w Polsce linia bez elektryfikacji.
Tak. Właśnie linia 137.
Nie główny ciąg Kędzierzyn - Opole - Wrocław, bo administracyjnie nie jest on jedną linią. Odcinek Kędzierzyn-Koźle - Opole Groszowice to linia nr 136, natomiast dalej w kierunku Opola, Brzegu i Wrocławia biegnie linia nr 132.
Linia 137 natomiast jednym numerem przecina południe regionu:
Kędzierzyn-Koźle - Głogówek - Racławice Śląskie - Prudnik - Nysa - Otmuchów - Paczków - i dalej w stronę Dolnego Śląska.
To kolejowy kręgosłup południowej Opolszczyzny.
Jubileusz był gotową okazją, żeby powiedzieć mieszkańcom: Ta linia jest dla nas ważna. Znamy jej historię. Wiemy, jakie ma znaczenie. Chcemy o nią walczyć.
Nie trzeba było urządzać defilady.
Wystarczył pociąg specjalny.
Wystarczyła wystawa.
Kilka tablic na dworcach.
Konferencja.
Publikacja historyczna.
Spotkanie mieszkańców.
Symboliczny przejazd.
Może parowóz, może historyczny wagon, może zwyczajny współczesny skład oklejony jubileuszową grafiką.
Cokolwiek.
Tymczasem wyszło tak, jak niestety zbyt często wychodzi na południu regionu: cisza.
I potem naprawdę trudno przekonać ludzi z Prudnika, Głogówka, Głubczyc, Racławic czy Nysy, że Opole o nich pamięta, skoro nawet tak spektakularna, przewidywalna z dokładnością do jednego dnia rocznica potrafi przejść praktycznie niezauważona.
Żeby było jasne: ten tekst nie będzie wygodnym felietonem pod tytułem jedni są źli, więc drudzy muszą być dobrzy.
Nie.
Bo opozycja również dostała od historii kilka piłek ustawionych na pustą bramkę i wiele z nich spokojnie wypuściła poza boisko.
PiS przez lata bardzo mocno politycznie akcentował znaczenie programu Kolej Plus. W tym programie znalazła się niezwykle ważna dla naszego regionu odbudowa linii kolejowych nr 177 i 294 na trasie Racibórz - Głubczyce - Racławice Śląskie. W 2023 roku podpisano umowę dotyczącą projektu; jego wartość określano wówczas na ponad 535 mln zł, a wkład własny partnerów na około 80 mln zł.
I właśnie tutaj zaczyna się historia, która świetnie pokazuje chorobę polskiej polityki regionalnej.
Trasa przebiega przez niezbyt bogate samorządy. Burmistrzowie i starostowie od początku wskazywali problem: powrót kolei jest potrzebny, ale budowa państwowej infrastruktury kolejowej nie może zrujnować lokalnych budżetów.
Trudno odmówić temu logiki.
Pojawiały się więc pomysły szukania dodatkowych źródeł finansowania. Mówiono również o strategicznym znaczeniu przygranicznej infrastruktury.
Przed wyborami polityczne zainteresowanie koleją było ogromne.
Po wyborach temperatura dyskusji wyraźnie spadła.
A przecież dla opozycji jest to dzisiaj temat wręcz wymarzony.
Można codziennie pytać:
Na jakim etapie jest projekt?
Dlaczego mieszkańcy nadal nie widzą prac, które zmieniłyby linię nie do poznania?
Dlaczego termin się przesuwa?
Kiedy naprawdę wrócą pociągi?
Co dokładnie wykonano?
Kiedy zobaczymy budowę, a nie kolejne dokumenty?
Oficjalnie projekt pozostaje częścią programu Kolej Plus i ma być realizowany w perspektywie programu sięgającej 2029 roku; PKP PLK zapowiada rewitalizację i elektryfikację ciągu Racibórz - Głubczyce - Racławice Śląskie oraz dostosowanie go do prędkości 120 km/h.
Czyli temat nie umarł.
Ale mieszkańcy mają prawo być niecierpliwi.
Bo oni nie mieszkają w harmonogramach.
Mieszkają w Głubczycach, Baborowie, Racławicach i okolicznych miejscowościach.
I potrzebują pociągu, a nie kolejnego zapewnienia, że kiedyś pociąg będzie.
Mam czasem nieodparte wrażenie, że dla jednej strony politycznego sporu ten projekt był przede wszystkim czymś, czym można się pochwalić, a dla drugiej zbyt łatwo stał się projektem odziedziczonym po poprzednikach.
A kolej nie powinna być ani pisowska, ani platformerska.
Kolej powinna być dla ludzi.
Tory nie głosują.
Perony nie należą do partii.
A mieszkaniec Głubczyc chcący dojechać do pracy, szkoły, lekarza czy na uczelnię naprawdę nie powinien zastanawiać się, czy jego linia została wymyślona przez właściwą opcję polityczną.
Oczywiście dziennikarze nie są od organizowania jubileuszy.
Ale są od zauważania rzeczy ważnych.
A 150 lat kolei w regionie chyba do takich rzeczy należy.
Problem polega na tym, że historia kolei ma jedną zasadniczą wadę: nie zawsze dobrze się klika.
150 lat linii kolejowej brzmi spokojnie.
Ale już:
Pół miliarda na linię, po której nie jeżdżą pociągi! - brzmi znacznie lepiej.
Zarośnięte tory
Ogromne koszty
Czy to się opłaca?
Miliony na kolej dla kilku miejscowości.
To są tytuły, które robią ruch.
Tylko że między chwytliwym nagłówkiem a odpowiedzialnym dziennikarstwem powinna istnieć jeszcze chwila na kontekst.
Rewitalizacja kilkudziesięciu kilometrów linii kolejowej, odbudowa infrastruktury, urządzeń sterowania ruchem, przejazdów, obiektów inżynieryjnych, peronów i elektryfikacja po prostu kosztują setki milionów złotych. W przypadku projektu Racibórz - Głubczyce - Racławice oficjalne szacunki od początku mówiły o kwocie przekraczającej pół miliarda złotych.
Sama duża liczba nie dowodzi więc absurdu inwestycji.
Trzeba jeszcze zapytać:
Tego często brakuje.
A później mieszkaniec południa regionu czyta po raz kolejny, ile to jego kolej ma kosztować, i zaczyna niemal czuć się winny, że mieszka za daleko od Opola.
Jakby trzeba było przepraszać za to, że chciałoby się mieć transport publiczny.
Jakby człowiek z Głubczyc był droższym obywatelem od mieszkańca miejscowości położonej przy już zmodernizowanej magistrali.
I właśnie tak tworzy się poczucie peryferyjności.
Nie tylko brakiem infrastruktury.
Także językiem, którym o tych miejscach opowiadamy.
Tutaj będzie krótko.
Miłośnicy kolei potrafią wiedzieć, jaki numer miała lokomotywa sfotografowana w 1987 roku na trzecim torze stacji oddalonej o czterysta kilometrów.
Potrafią rozpoznać typ wagonu po fragmencie drzwi.
Potrafią przez trzy godziny dyskutować, czy dany odcień zielonego na modelu odpowiada epoce IVb czy już IVc.
A 150-lecie jednej z najważniejszych historycznych linii południowego Śląska?
No cóż.
Widocznie kalendarz był wyjątkowo podstępny.
I teraz bez ironii.
Naprawdę jest mi przykro.
Kalendarz podarował nam niemal idealny dzień.
15 sierpnia 2026 roku wypada w sobotę.
Dzień wolny.
Święto państwowe.
Święto kościelne.
Środek wakacji.
Trudno było dostać lepszy termin na historyczny pociąg, regionalny festyn kolejowy, wystawę, konferencję albo wydarzenie rodzinne na którymś z dworców.
Można było połączyć organizacyjnie Prudnik, Racławice, Głubczyce, Nysę, może Racibórz.
Można było przypomnieć mieszkańcom, że kolej nie jest tutaj obcym elementem przywiezionym z wielkiego miasta.
Ona jest częścią naszej historii od półtora wieku.
Nie udało się.
I oczywiście wiem, co teraz ktoś powie: A ty co zrobiłeś?
To uczciwe pytanie.
Rok temu wydałem książkę o historii kolei w naszym regionie. Pisałem w niej również o zbliżającym się jubileuszu. Książka trafiła między innymi do polityków, kolejarzy, dziennikarzy i osób zainteresowanych historią regionu.
W ostatnich miesiącach publikowałem też materiały opisujące krok po kroku, jak przez dziesięciolecia rodził się pomysł połączenia kolejowego u podnóża Sudetów, ile było sporów, zmian koncepcji, problemów finansowych, pożarów i politycznych konfliktów, zanim w 1876 roku udało się całość doprowadzić do skutku.
A jednak i ja mam poczucie, że mogłem zrobić więcej.
Może wcześniej krzyczeć.
Może jeszcze mocniej przypominać.
Może próbować zebrać ludzi.
Może napisać sto pism.
Dlatego nie chcę, żeby ten artykuł był wyłącznie aktem oskarżenia skierowanym do innych.
Jest również moim własnym wyrzutem sumienia.
Bo jeśli naprawdę uważamy historię naszej kolei za ważną, to nie wystarczy mieć rację.
Trzeba jeszcze umieć sprawić, żeby inni tę historię zobaczyli.
I właśnie dlatego nie chcę kończyć tego tekstu w minorowym tonie.
Bo historia zostawiła nam drugą datę.
I drugą okazję.
Trzeba tylko tym razem jej nie przespać. Czytajcie więc dalej, gdyż najważniejsze się zaczyna.
Tego dnia uruchomiono odcinek Prudnik - Racławice Śląskie - Głubczyce.
Dzięki temu domknięty został historyczny ciąg, którego idea wyrosła z planów Kolei Wilhelma. Już w latach 50. XIX wieku myślano o połączeniu Raciborza z Nysą przez Głubczyce i Racławice. Kolej Wilhelma z czasem utraciła samodzielność, jej zarząd znalazł się w rękach państwa, a realizację późniejszych odcinków przejęły struktury Kolei Górnośląskiej.
Historyczny ciąg prowadził więc: Racibórz - Głubczyce - Racławice Śląskie - Prudnik - Nysa i dalej przez ziemie podsudeckie w kierunku Kamieńca Ząbkowickiego, Dzierżoniowa, Świdnicy i Legnicy.
Właśnie dlatego odcinek przez Głubczyce nie jest jakimś przypadkowym dodatkiem do historii Magistrali Podsudeckiej.
Jest częścią jej pierwotnej idei.
To ważne, szczególnie dzisiaj, kiedy o odbudowie połączenia Racibórz - Głubczyce - Racławice mówi się czasem tak, jakby ktoś właśnie wymyślił nową linię kolejową.
Nie.
My nie budujemy tutaj kolejowego eksperymentu.
Próbujemy przywrócić ciąg komunikacyjny, który współtworzył historię regionu już 150 lat temu.
A potem pojawił się Kędzierzyn
Kiedy budowano kolej z Nysy w stronę Prudnika i Głubczyc, sytuacja komunikacyjna regionu była już inna niż w chwili powstawania pierwszych planów.
Rosło znaczenie węzła w rejonie Kędzierzyna.
Dlatego Racławice Śląskie stały się stacją węzłową.
Od istniejącej trasy wyprowadzono nową linię przez Głogówek i Koźle w stronę Kędzierzyna.
I właśnie 1 grudnia 1876 roku uruchomiono odcinek Racławice Śląskie - Kędzierzyn. Pierwszy pociąg z kierunku Nysy dotarł wówczas przez Głogówek i Koźle do Kędzierzyna.
To ten przebieg z czasem stał się tym, co dzisiaj znamy jako zasadniczy ciąg Magistrali Podsudeckiej i linii kolejowej nr 137.
I właśnie tutaj tkwi różnica, którą warto dobrze zrozumieć.
15 sierpnia 2026 roku obchodzimy 150 lat ukończenia historycznego ciągu Kolei Podsudeckiej prowadzącego przez Głubczyce do Raciborza.
Natomiast: 1 grudnia 2026 roku minie 150 lat od ukończenia odcinka Racławice Śląskie - Kędzierzyn, czyli od domknięcia przebiegu, który ukształtował dzisiejszą Magistralę Podsudecką w stronę Kędzierzyna.
Historia dała nam więc poprawkę.
Pierwszy termin oblaliśmy.
Drugi egzamin jest 1 grudnia.
Nie potrzeba milionów.
Nie potrzeba tygodniowej imprezy.
Nie trzeba stawiać pomnika ze złota.
Może po prostu:
Pomysłów można znaleźć sto.
Potrzeba tylko jednej rzeczy: chęci.
Dlatego kończę nie oskarżeniem, ale apelem.
Do kolejarzy.
Do samorządowców.
Do polityków wszystkich partii.
Do dziennikarzy.
Do miłośników kolei.
Do regionalistów.
Do muzeów.
Do mieszkańców.
1 grudnia 2026 roku minie 150 lat od otwarcia odcinka Racławice Śląskie - Kędzierzyn, który domknął budowę dzisiejszego zasadniczego ciągu Magistrali Podsudeckiej.
Tym razem naprawdę nie możemy powiedzieć:
Nie wiedzieliśmy.
Wiemy.
Mamy datę.
Mamy ponad trzy miesiące.
Mamy historię, której wiele regionów mogłoby nam zazdrościć.
Mamy linię, która od półtora wieku łączy miasta południowej części regionu.
Mamy też obowiązek wobec tych wszystkich ludzi, którzy tę kolej budowali, obsługiwali, utrzymywali, odbudowywali po wojnach, prowadzili po niej pociągi i przez pokolenia korzystali z niej każdego dnia.
150 lat zdarza się tylko raz.
15 sierpnia pozwoliliśmy tej rocznicy przejść niemal bez echa.
1 grudnia historia daje nam drugą szansę.
Pytanie brzmi: Czy tym razem ktoś ją zauważy?
Kilkanaście dni temu rozmawiałem z jednym z samorządowców zaangażowanych w temat odbudowy połączeń kolejowych do Głubczyc. W pewnym momencie powiedział zdanie, które mocno zapadło mi w pamięć: "Dawno nie spotkałem się z tak dużym społecznym zniechęceniem wobec kolei". Przyznam, że nie byłem tym zaskoczony. Wielu mieszkańców powiatu głubczyckiego ma dziś podobne odczucia. Problem polega jednak na tym, że mało kto zastanawia się, skąd właściwie wzięło się to zniechęcenie i kto ponosi za nie odpowiedzialność.
W marcu br. PKP Polskie Linie Kolejowe ogłosiły postępowanie dotyczące wycinki krzewów i samosiewów rosnących wzdłuż linii kolejowych nr 177 i 294, czyli na trasie Racibórz - Głubczyce - Racławice Śląskie. Dziś wiadomo już, że prace weszły w fazę realizacji i są widoczne w terenie.
We wtorek, 16 grudnia 1997 roku, o godzinie 18:10 na terenie stacji kolejowej w Głubczycach doszło do poważnego wykolejenia lokomotywy serii SM42. Lokomotywa ta później pracowała m.in. na pociągach Nysa-Głuchołazy.
Historia niezwykłej linii kolejowej, która powstała niejako przypadkiem - w wyniku celowego zablokowania przez ówczesne władze śląskie budowy bezpośredniego połączenia Racibórz-Opawa. Paradoksalnie okazało się, że nawet tak krótka trasa może być dochodowa, a co więcej - linia ta funkcjonuje do dziś.
Bardzo obszerny felieton świadka wydarzeń z 2000 roku. Co dokładnie wydarzyło się na liniach 294 i 177. Czy PKP podjęło decyzję zanim opinię wyraziły samorządy i czy wyniki frekwencji nie miały znaczenia przy likwidacjach? Jakie były wyniki kontroli przeprowadzonej przez NIK? Kiedy dokładnie do Głubczyc dojechała ostatni raz (zdjęcie) lokomotywa spalinowa zanim linia zarosła, a tory zostały rozkradzione.
Wypadek wydarzył się pod koniec wakacji 1981 roku, w sobotę 29 sierpnia, około godziny 13:00.